Dzięki uprzejmości dyrekcji PLK, Zakładu w Olsztynie (bardzo serdecznie dziękujemy!) mieliśmy możliwość pojechać linią nr 225
biegnącą z Nidzicy do Wielbarka oraz linią 35 z Wielbarka do Szczytna. Naszą drezynową przygodę w łikend 24/25.09.2011
rozpoczęliśmy od zawiadomienia dyżurnego ruchu stacji Nidzica o wstawieniu drezyny w tor na stacji Wielbark,
a w zasadzie na przejeździe kolejowym nieopodal stacji. Wyruszyliśmy w kierunku Nidzicy ok. 10:50.
Pierwszy postój, to przymusowe udrożnienie przejazdu z drogą gruntową jeszcze w Wielbarku,
potem było pierwsze smaganie gałęziami bezkarnie rozrośniętych krzaków i drzew, nie trzymających skrajni budowli.
W wielbarskim lesie, na spotkanie z drezyną przyszedł nam pierwszy ubytek. Sporo sił trzeba było włożyć w przeniesienie drezyny.
Drugi ubytek udało się pokryć szynami na szczęście tylko odkręconymi i leżącymi obok, choć nie obyło się bez użycia przenośnej wyciągarki.
Trzeci ubytek wyglądał jakby oprócz szyn i podkładów złodzieje także zabrali tłuczeń.
Przeniesienie drezyny nie wchodziło w grę, więc zorganizowaliśmy kładkę z wyszukanych w pobliżu podkładów. Przejechaliśmy.
Dalsza jazda to już walka z drzewostanem iglastym w torze. Niektóre drzewka miały pień grubości ręki.
Drezyna wykolejała się kilkukrotnie kładąc czasem zbyt duże jak na swoje możliwości drzewa.
Po kilku godzinach walki udało się nam w końcu pokonać Wielbark Las, więc jak na ok. 3 km od początku wycieczki,
to marna perspektywa jak na dalsze ok. 40 km tej linii. Na szczęście nie poddaliśmy się. I dobrze!
Dalej już tylko notowaliśmy lekkie smagania po głowach i plecach, od czasu do czasu w ruch szła piła spalinowa,
bo usuwaliśmy wiatrołomy. Sporo po 17:00 dotarliśmy w końcu pod semafor wjazdowy stacji Nidzica.
Po skomunikowaniu się z dyżurnym ruchu otrzymaliśmy sygnał zastępczy umożliwiający nam wjazd na stację.
Wjazd odbył się przy zaciekawionych i radosnych spojrzeniach ludzi stojących przed zamkniętymi zaporami
przejazdów kolejowych i dyżurnych z poszczególnych nastawni nidzickich. Kilkanaście minut przerwy,
jakieś drobne zakupy w niedaleko zlokalizowanym sklepie, podziękowania dla dyżurnego ruchu i jazda powrotna.
Dojazd do wielbarskiego lasu poszedł zdecydowanie szybciej. Drezynę załadowaliśmy w lesie, jeszcze przed ubytkami,
żeby nie przechodzić drugi raz kilkugodzinnej gehenny.
Wieczorem były kolejowe gadki przy grillu, świeże wrażenia z minionego dnia i snucie mniej lub bardziej odległych planów na przyszłość.
W niedzielę zmodyfikowaliśmy nieco pierwotny plan i wyruszyliśmy ze Szczytna,
gdzie także ustawiono dla nas drogę i podano odpowiednie sygnały.
Odcinek linii nr 35 ze Szczytna do Wielbarka jest utrzymywany na bieżąco, nie było więc krzaków na twarzach i ubytków pod kołami.
Bardzo szybko dotarliśmy do Wielbarka, gdzie po kilku manewrach ustawiliśmy się w torze w kierunku Ostrołęki.
Przejechaliśmy ok. 1500 m od stacji, gdy patagoński busz z leżącymi w poprzek konarami dał nam do zrozumienia, że czas zawrócić.
W drodze powrotnej, w Szymanach wjechaliśmy jeszcze na bocznicę lotniska.
Wyczerpani walką poprzedniego dnia z wielbarskim lasem odpuściliśmy i na tym odcinku.
Powrotny wjazd w tor szlakowy i powrót do Szczytna, odpowiedni sygnał na semaforze i wjazd w stację,
kolejny raz przy akompaniamencie wzroku pieszych i oczekujących w samochodach przed zaporami na przejeździe były ostatnimi
akcentami dwudniowych jazd naszą dzielną pomarańczą. Przejechaliśmy w te dwa dni ok. 127 km, ścięliśmy sekatorem, piłą spalinową,
elektryczną, machetą i siekierą dziesiątki drzew w torze i usunęliśmy kilkanaście pokaźnych rozmiarów wiatrołomów.
Fotogaleria z tego dwudniowego wydarzenia dostępna będzie wkrótce. |